8,2 C
Nowy Jork
sobota, 6 czerwca, 2020

Półtoraroczne dziecko z koronawirusem w łódzkim szpitalu

0

10 nowych potwierdzonych przypadków koronawirusa w Łodzi. W ciężkim stanie jest półtoraroczne dziecko. To dziewczynka, która wypadła w niedzielę, 15 marca, z trzeciego piętra kamienicy w Łodzi. Jak opisywaliśmy w Fakcie, do dramatu doszło w niedzielę, 15 marca, około godz. 15. Dziewczynka była pod opieką rodziców, w mieszkaniu był też jej pięcioletni braciszek. Ze wstępnych informacji policji wynika, że 36-letni tato przysnął, mama była w innym pomieszczeniu, chłopczyk otworzył uchylone okno i jego siostra wypadła z niego na dół.

Jak podaje TVN24, ojciec dziewczynki podczas rozmowy z policjantami powiedział, że dwa tygodnie temu spotkał się ze znajomymi, którzy wrócili z Włoch. Ponieważ skarżył się, że ma kaszel, decyzją inspektora sanitarnego został razem z żoną poddany testom na koronawirusa.

Dziś wieczorem okazało się, że u dziewczynki, która uległa wypadkowi, stwierdzono obecność koronawirusa. – W dniu 15.03 do Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki zostało przyjęte półtoraroczne dziecko z urazem wielonarządowym. Było operowane w trybie pilnym ze względu na stan zagrożenia życia. Ze względu na przeprowadzony wywiad, od pacjenta pobrano test na obecność koronawirusa SARS-CoV-2. Wynik był dodatni. Dziecko wskutek przebytego urazu jest w stanie ogólnym bardzo ciężkim. Wszelkie procedury związane z bezpieczeństwem pacjentów i personelu ICZMP, zgodnie z obowiązującymi standardami, zostały zachowane – poinformował Fakt Adam Czerwiński, rzecznik szpitala Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi.

Dziś w województwie łódzkim przybyło 10 kolejnych zakażeń koronawirusem potwierdzonych pozytywnymi wynikami testów laboratoryjnych. Potwierdzone wyniki, oprócz wyżej opisanego przypadku maleńkiego dziecka, dotyczą pięciu kobiet i czterech mężczyzn w wieku od 17 do ponad 60 lat. Większość miała bezpośrednie kontakty z osobą zakażoną. Jedna z tych osób wróciła z Brazylii. Stan dziewięciu osób dorosłych jest dobry. Większość pozostaje w domowej izolacji.

Nowe poszukiwania Iwony Wieczorek. Nieoficjalnie: znaleziono fragment odzieży

0

Na terenie ogródków działkowych w Sopocie znaleziono fragment odzieży, najprawdopodobniej bielizny, który mógł należeć do zaginionej 10 lat temu Iwony Wieczorek – informuje nieoficjalnie RMF FM. Sprawa zaginięcia Iwony Wieczorek jest prowadzona w tzw. Archiwum X, działającym w Małopolskim Wydziale Zamiejscowym Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie. Trafiła tam z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.

W czwartek funkcjonariusze na zlecenie prokuratury wznowili czynności ws. zaginięcia Wieczorek. Kilkudziesięciu policjantów i specjalistyczny sprzęt brało udział w przeszukiwaniu ogródków działkowych w Sopocie.

– Po to, żeby dokonać weryfikacji materiału dowodowego prokuratura wykonuje pewne czynności procesowe, te czynności zostały rozpoczęte i trwają – mówiła prokurator Ewa Bialik.

Iwona Wieczorek zaginęła 10 lat temu. Wyszła ze znajomymi na imprezę do sopockiego klubu i już nie wróciła do domu. Janusz Szostak, dziennikarz śledczy mówił w kwietniu 2019 roku w programie „Skandaliści”, że w sprawie zaginięcia Iwony Wieczorek popełniono wiele błędów. Pierwszym było rozpoczęcie poszukiwań dziewczyny po upływie ośmiu dni. Jego zdaniem później policja także popełniła wiele zaniechań.

„Popełniono wiele błędów”

– Ta sprawa zainteresowała mnie w momencie, gdy zorientowałem się, że popełniono wiele błędów, że policja jest bezradna, że w dziwny sposób jest prowadzone śledztwo, że pewne sprawy są może nie tyle tuszowane czy mataczone, ale jakby pomijane, pewne wątki, pewne osoby, udział tych osób… Zauważyłem, że jest parasol ochronny być może nad tym, kto to zrobił – stwierdził Janusz Szostak. Znajomi Iwony Wieczorek mają dziś znacznie więcej do stracenia – powiedział dziennikarz. – 20-letni ludzie inaczej patrzą na świat niż 30-letni, więcej mają do stracenia. Ja sądzę, że znajomi Iwony wiedzą, co się stało – powiedział w programie Janusz Szostak.

W tej sprawie wciąż nie ma odpowiedzi na pytanie, co stało się z zaginioną

Zródło: Polsat News

Usypiany tabletkami i gwałcony. Ojciec i jego koledzy zgotowali piekło 7-latkowi

0

7-letni chłopiec był usypiany tabletkami, a potem wielokrotnie gwałcony przez ojca i jego kolegów. Sąd Apelacyjny w Poznaniu wydał wyrok skazujący ojca chłopca i jednego z jego kolegów na kary od 12 do 15 lat więzienia. Wyrok wobec trzeciego z oskarżonych został uchylony.

Orzeczenie wydane przez poznański sąd jest prawomocne. Uzasadnienie wyroku, podobnie jak proces, było niejawne.

Sprawą małoletniego chłopca z okolic Dopiewa w Wielkopolsce zajmowała się poznańska prokuratura. Według ustaleń śledczych, do dramatycznych wydarzeń dochodziło, gdy chłopiec miał 7-8 lat. Teraz jest nastolatkiem.
Mężczyźni mieli wielokrotnie gwałcić chłopca

50-letni ojciec dziecka Wojciech K. i jego dwóch znajomych: 38-letni Marcin W. i 35-letni Karol K. prokuratorskie zarzuty usłyszeli w marcu 2017 roku. Jak powiedziała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Poznaniu prok. Magdalena Mazur-Prus, ojcu dziecka i jego znajomemu Marcinowi W. „Zarzucono popełnienie przestępstw wielokrotnego zgwałcenia, wymuszenia czynności seksualnej, przy czym oskarżeni działali wspólnie i w porozumieniu, ze szczególnym okrucieństwem, w celu swojego zaspokojenia prezentowali małoletniemu treści pornograficzne”.

Ojcu chłopca prokuratura zarzuciła ponadto „prezentowanie dwóm innym małoletnim osobom (nie synowi) wykonywania czynności seksualnej i naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza policji”. Trzeci z oskarżonych – Karol K. – odpowiada przed sądem za wielokrotne zgwałcenie i doprowadzenie do poddania się innym czynnościom seksualnym.

Jak informowała prokuratura, oskarżeni nie przyznawali się do popełnienia zarzucanych im przestępstw.
Prokuratura chciała wyższych kar

Proces mężczyzn przed Sądem Okręgowym w Poznaniu ruszył w czerwcu 2018 roku. Ze względu na charakter sprawy i dobro dziecka, toczył się z wyłączeniem jawności.

W lipcu 2019 roku sąd skazał ojca chłopca Wojciecha K. na karę łączną 15 lat pozbawienia wolności – maksymalny wymiar kary. Marcin W. usłyszał wyrok 12 lat więzienia, a Karol K. 6 lat pozbawienia wolności. Sąd pozbawił także oskarżonych praw publicznych, zakazał im kontaktowania się z ofiarą i nakazał zapłacenie nawiązki na rzecz chłopca.

Apelację od tego wyroku wnieśli zarówno obrońcy oskarżonych, jak i prokuratura, która chciała wymierzenia wyższych kar dla sprawców. W opinii śledczych, sąd łącząc kary za gwałt i pozostałe przestępstwa może orzec karę łączną wyższą, niż zasądzona przez sąd pierwszej instancji. Dla ojca chłopca prokuratura domagała się w apelacji 20 lat więzienia.

Dziś poznański Sąd Apelacyjny wydał prawomocny wyrok w tej sprawie. Utrzymał wyrok skazujący wobec ojca chłopca Wojciecha K. oraz Marcina W. W odniesieniu do trzeciego z oskarżonych Karola K. sąd apelacyjny podjął decyzję o uchyleniu wyroku sądu pierwszej instancji i skierowaniu jego sprawy do ponownego rozpoznania. Sąd poinformował także o uchyleniu tymczasowego aresztu wobec Karola K.

Uzasadnienie orzeczenia było niejawne.
Chłopiec miał początkowo chronić ojca

Według informacji lokalnych mediów dramat chłopca miał się rozgrywać na przestrzeni kilku lat. Pierwsze sygnały świadczące o tym, że w domu chłopca dzieje się coś niepokojącego, mieli zauważyć już w 2013 roku pracownicy socjalni. Wtedy jeszcze ojciec dziecka mieszkał wraz z chłopcem. Wojciech K. miał wyprowadzić się z domu dopiero rok później, kiedy pomoc społeczna poinformowała poznański sąd o swoich podejrzeniach. Mężczyzna jednak nadal utrzymywał kontakt z synem i zabierał go do siebie na weekendy.

Media twierdziły, że sprawa była umarzana m.in. z powodu braku wystarczających dowodów. Początkowo chłopiec miał także chronić ojca, ale w jednym z przesłuchań stwierdzić, że: mają tajemnicę, której nie może wyjawić, bo inaczej ojciec pójdzie do więzienia. Przełomem miało być kolejne przesłuchanie chłopca w obecności psychologa – wtedy miał wskazać swoich oprawców. Nieoficjalnie, to właśnie zeznania chłopca mają być kluczowym dowodem w sprawie i podstawą skierowania do sądu aktu oskarżenia.

Szymonek miał połamane kości nóg, rąk oraz żeber. Rodzice katowali niemowlę

0

22-latka i 26-latek zostali skazani za niewłaściwą opiekę nad czteromiesięcznym niemowlęciem. Sąd Okręgowy dla Warszawy-Pragi utrzymał w mocy wyrok sądu pierwszej instancji – informuje „Gazeta Stołeczna”.

Czteromiesięczny Szymonek trafił do szpitala na Niekłańskiej w 2017 roku. Lekarze stwierdzili u niego aż 12 złamań, m.in. kości nóg i rąk oraz żeber. Dziecko miało siniaki na czole, brzuchu, plecach i nogach. Według biegłych rodzice mogli okładać pięściami niemowlę oraz uderzać go „twardymi lub tępokrawędzistymi” przedmiotami. Nie wykluczyli także, że chłopiec był upuszczany na podłogę.

Rodzice nie przyznali się do zarzucanych im czynów, a winę zrzucili na matkę Eweliny i babcię Szymonka. Podczas procesu nie ustalono, które z rodziców maltretowało syna. Zarówno C., jak i N. zostali jednak skazani. Sąd uznał, że działając wspólnie i w porozumieniu, „wbrew prawnemu obowiązkowi wykonywania pieczy nad synem i niedopuszczenia do popełnienia czynu zabronionego na jego szkodę, swoim zachowaniem ułatwili innej osobie lub osobom popełnienie czynu znęcania się nad dzieckiem”. Sąd rejonowy skazał rodziców w czerwcu 2019 r.

26-letni Eryk C. spędzi w więzieniu sześć lat. Jego partnerka – 22-letnia Ewelina N. – cztery. Prokuratura przedstawiła zarzuty rodzicom Szymonka. Uznała, że N. i C. znęcali się nad dzieckiem „ze szczególnym okrucieństwem”. Ojciec niemowlęcia musiał liczyć się z surowszym wyrokiem ze względu na to, że wcześniej odpowiadał za rozbój.

W piątek zapadł prawomocny wyrok ws. niewłaściwej opieki nad dzieckiem. Jak poinformowała Joanna Adamowicz z Sądu Okręgowego Warszawa-Praga, wyrok sądu rejonowego został utrzymany w mocy. Jak dodaje „Gazeta Stołeczna”, zmieniono tylko „okres popełnienia przypisanego czynu (17 maja – 5 lipca 2017) oraz formalne zaliczenie okresu rzeczywistego pozbawienia wolności na poczet orzeczonych kar pozbawienia wolności”.

Mały świadek koronny zmyśla zeznania. Sąd dostał szokujące nagranie w sprawie handlu narkotykami

0

Do Sądu Okręgowego w Katowicach trafiło nagranie, z którego wynika, że mały świadek koronny, który obciążył kilkadziesiąt osób podejrzanych o handel narkotykami, przyznaje się do tego, iż zmyślił zeznania.

Sąd Okręgowy w Katowicach ma rozpoznać apelację wyroku skazującego członków zorganizowanej grupie przestępczej zajmującej się handlem narkotykami. Wyrok wydany przez Sąd Rejonowy w Bytomiu zapadł wyłącznie na podstawie zeznań Dariusza H., wielokrotnie karanego śląskiego przestępcy. Mężczyzna składał też zeznania w innych sprawach, łącznie obciążył kilkadziesiąt osób, które miały sprzedać ponad tonę środków odurzających. W zamian dostał status tzw. małego świadka koronnego, wyszedł na wolność i może liczyć na nadzwyczajne złagodzenie kary.
Do Sądu Okręgowego nadeszła przesyłka z nagraniem

Czy jest jednak wiarygodny? Kilka tygodni temu do Sądu Okręgowego w Katowicach dotarła przesyłka z wnioskiem podpisanym imieniem i nazwiskiem Dariusza H. Wynika z niego, że mężczyzna zwraca się do sędziów o wezwanie go na przesłuchanie na rozprawie apelacyjnej. Do wniosku dołączono pendrive z nagraniem pewnego szokującego oświadczenia. „Wyborcza” dotarła do jego kopii. Nagranie trwa minutę i 15 sekund.

„Nazywam się Dariusz H. i z uwagi na to, że jestem cały czas pod ochroną funkcjonariuszy policji, postanowiłem utrwalić dźwiękowo, co chcę swobodnie zeznać do sprawy. Chciałem to zrobić w sądzie Bytomiu, ale z uwagi na ochronę funkcjonariuszy policji byłem przekonany, że po zmianie zeznań zostanę natychmiast aresztowany. W moim odczuciu ochrona na rozprawach nie miała na celu ochrony przed wspólnikami, tylko wywierała presję na moją psychikę, blokując mnie w ten sposób, abym tylko nie pomyślał się wycofać z tych wirtualnych narkotyków. Proszę o umożliwienie mi odpowiadania z wolnej stopy bez żadnej presji pod otoczką ochrony policji. Chcę wyjawić: owszem, handlowałem z oskarżonymi narkotykami, ale były do ilości kilo, dwa, trzy, a nie jak zeznawałem o dziesiątkach kilogramów. Wiele z opisywanych przeze mnie transakcji w ogóle nie miała miejsca. To wszystko, co mam do powiedzenia z wolnej i nieprzymuszonej wypowiedzi. Dziękuję” – mówi męski głos w nagraniu.
Mały świadek koronny zostanie przesłuchany

Po otrzymaniu nagrania sąd odroczył wyznaczoną na marzec rozprawę apelacyjną i wyznaczył nowy jej termin na 14 maja. – Zgodnie z prośbą zawartą we wniosku Dariusz H. zostanie wtedy przesłuchany w charakterze świadka – zapowiada sędzia Jacek Krawczyk, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Katowicach.

Oskarżeni liczą, że Dariusz H. potwierdzi przed sądem, iż kłamał, składając obciążające zeznania. Paweł P. został skazany na sześć lat więzienia, musi też wpłacić 1 mln zł, które rzekomo zarobił na handlu narkotykami. Jedyny dowód jego winy to zeznania H.– Przed sprawą w sądzie nie spotkałem tego człowieka. W aktach nie ma bilingów potwierdzających, że ze sobą rozmawialiśmy, nie ma też dowodów wskazujących, że nasze telefony logowały się w tych samych miejscach. Jak więc miałbym zamawiać i odbierać od niego narkotyki? Telepatycznie? Prokuraturze to jednak nie przeszkadzało, aby wnieść oskarżenie, co gorsza, uznała ona, że z tego procederu uczyniłem sobie stałe źródło utrzymania. A przecież ja nigdy nie handlowałem prochami – powiedział nam P.Sprawa skomplikowała się jednak, bo 9 kwietnia Sąd Okręgowy w Katowicach, rozpoznając apelację wyroku w innej sprawie narkotykowej, przesłuchał Dariusza H. Mężczyzna pojawił się w sądzie w asyście policji, a funkcjonariusze legitymowali wszystkie osoby znajdujące się na korytarzu przed salą rozpraw. – Tego wymagają względy bezpieczeństwa, taka była prośba ze strony prokuratury – wyjaśniali mundurowi.
Dariusz H.: Nie wysyłałem żadnego nagrania

Dariusz H. powiedział wtedy sędziom, że nie wysyłał żadnego nagrania. – Podpis na wniosku o przesłuchanie jest podobny do mojego, ale ja tego nie podpisywałem. Pierwszy raz to widzę – stwierdził mężczyzna. Dodał, że obciążając gangsterów, składał zeznania z własnej, nieprzymuszonej woli. Przyznał, że na sali rozpraw często towarzyszyli mu policjanci, bo czuł się zagrożony. – I tak też czuję się w dniu dzisiejszym. Nikt mnie jednak nie nakłaniał do obciążania niewinnych ludzi – zapewniał H.

Jeden z oskarżonych oznajmił wtedy, że tuż przed przesłuchaniem 9 kwietnia rozmawiał z Dariuszem H. i ten powiedział mu, że nie będzie w stanie powtórzyć tego, co znajduje się na nagraniu. – Wyjaśnił, że boi się o swoje życie, i przeprosił mnie za to, że się z tego wycofuje – oznajmił oskarżony.

Adwokaci zapytali więc Dariusza H. o przebieg tej rozmowy. – Faktycznie rozmawiałem z oskarżonym, ale rozmowa miała charakter osobisty i nie chcę mówić o szczegółach – stwierdził mały świadek koronny.

14 maja stanie na sali rozpraw przed oskarżonymi, których obciążył. I zostanie przez nich zapytany o nagranie. – Głos na nim jest podobny do głosu Dariusza H., będziemy więc wnioskowali o opinię fonoskopijną, która powinna dać jednoznaczną odpowiedź, kto jest autorem nagrania. Sprawa jest zbyt poważna, aby wierzyć świadkowi na słowo – powiedział mecenas Adam Gomoła, obrońca jednego z oskarżonych.

Prokuratura Krajowa, która prowadziła śledztwo w sprawie handlu narkotykami, przyznaje, że wie o pendrivie nadesłanym do sądu. Odmówiła jednak komentarza „z uwagi na prowadzone postępowania sądowe oraz zainicjowane kolejne postępowania przygotowawcze, etap i dobro tych postępowań”.

W nieoficjalnych rozmowach śledczy zapewniają jednak, że Dariusz H. jest wiarygodnym świadkiem, jego zeznania zostały zweryfikowane i to nie on jest autorem nadesłanego do sądu nagrania. – Ktoś mataczy w tej sprawie, próbuje osłabić wartość zeznań H. i wpłynąć na rozstrzygnięcie sądu – powiedzieli nam śledczy.

Śląskie: Pijana „opiekowała się” 8-miesięczną córką

0

Jastrzębscy policjanci interweniowali wobec matki, która znajdując się pod wpływem alkoholu, zajmowała się 8-miesięczną i 11-letnią córką. 31-latka miała w organizmie prawie dwa promile alkoholu. Jeżeli okaże się, że swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem kobieta naraziła dziecko na bezpośrednie zagrożenie dla życia bądź zdrowia, grozić jej będzie kara nawet 5 lat więzienia.

Dzisiaj w nocy parę minut po północy, policjanci z jastrzębskiej komendy zostali wezwani na interwencję do jednego z mieszkań na osiedlu Tysiąclecia. Według zgłoszenia w domu miała być pijana kobieta, która pod opieką ma dwoje dzieci. Przybyli na miejsce policjanci zastali nietrzeźwą matkę oraz jej córki. W mieszkaniu widoczne były oznaki spożywania alkoholu. 31-latka wobec policjantów zachowywała się bardzo wulgarnie i agresywnie. Mundurowi przebadali jastrzębiankę na zawartość alkoholu i okazało się, że ma ona w organizmie blisko dwa promile. Starszą dziewczynką zaopiekowała się przybyła na miejsce babcia, a z 8-miesięczną dziewczynką druga babcia wraz z Zespołem Pogotowia Ratunkowego udała się do szpitala celem wykonania dalszych badań. Mieszkanka Jastrzębia trafiła do policyjnego aresztu. Dokumentacja w tej sprawie trafi niebawem do sądu, tym bardziej że nie jest to pierwsza taka interwencja w tym domu. Jeżeli potwierdzi się, że 31-latka naraziła dzieci na niebezpieczeństwo, grozić jej może nawet 5 lat więzienia.

Matka utopiła 2-miesięczne bliźnięta? Szokujące doniesienia z Bydgoszczy

0

W Bydgoszczy znaleziono w poniedziałek ciała dwumiesięcznych bliźniąt. Matka chłopców w ciężkim stanie trafiła do szpitala. Z nieoficjalnych doniesień „Faktu” wynika, że kobieta mogła utopić swoje dzieci.

Zwłoki dwumiesięcznych bliźniąt, Witka i Stasia, znaleziono w poniedziałek w jednym z mieszkań na osiedlu Okole w Bydgoszczy. Rodzice dzieci, 40-letni Stella i Piotr, nie zostali jeszcze przesłuchani. Oboje przebywają w szpitalu. Matka została znaleziona w ciężkim stanie, a ojciec jest obecnie pod opieką psychiatry.

Prokuratura od początku mówiła, że do śmierci chłopców nie doszło w sposób naturalny, a śledztwo jest prowadzone w kierunku zabójstwa. Jeszcze w środę mają być znane wyniki sekcji zwłok chłopczyków.
Środowy „Fakt” sugeruje wprost, że to 40-letnia matka dzieci mogła je zabić pod nieobecność męża i 5-letniej córki, która w tym czasie była w przedszkolu. Jak nieoficjalnie ustalili dziennikarze, kobieta utopiła swoich synków, a potem usiłowała popełnić samobójstwo, zażywając tabletki.

Oficjalne ustalenia prokuratury mówią o tym, że kobieta mieszkała razem z mężem, córką i urodzonymi w grudniu bliźniętami. Wiadomo, że kobieta cierpiała na zaburzenia związane z depresją poporodową i zażywała leki.

Według „Faktu” w dniu tragedii kobieta po raz pierwszy od porodu została z dziećmi sama. Mąż musiał wyjść i poprosił sąsiadkę, aby za jakiś czas zajrzała do mieszkania. To ona zawiadomiła służby.

Zródło:https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Bydgoszcz.-Matka-utopila-2-miesieczne-bliznieta-Szokujace-doniesienia-Faktu

Pobite niemowlę z Malborka walczy o życie. Rodzice tymczasowo aresztowani

0
!!!BRAK ZGODY NA PUBLIKACJE WIZERUNKU!!! PUBLIKACJA NA ODPOWIEDZIALNOSC REDAKCJI!!!! PHOTO MARCIN GADOMSKI / SUPER EXPRESS MALBORK N/Z KLAUDIA F DOPROWADZENIE DO PROKURATURY RODZICOW KTORZY PRAWDOPODOBNIE SKATOWALI SWOJE 4 TYGODNIOWE DZIECKO 07/02/2020

Stan trzytygodniowej dziewczynki z Malborka nie poprawia się, jest w ciężkim stanie. Rodzice dziecka zostali zatrzymani i są przesłuchiwani w prokuraturze. Usłyszeli zarzut fizycznego znęcania się i usiłowania ewentualnego zabójstwa dziecka. Trwa śledztwo w sprawie dziewczynki z obrażeniami na ciele. Śledczy nie wykluczają, że dziecko zostało pobite. W sprawie przesłuchiwani są rodzice, którzy zostali zatrzymani. Mają 20 i 21 lat.

Stan dziewczynki jest ciężki i nie poprawił się. Niemowlę ma m.in. stłuczenie mózgu, złamanie kości ciemieniowej, złamanie trzonu kości ramiennej, obojczyka, kości udowej oraz liczne urazy głowy. Lekarze utrzymują je w śpiączce farmakologicznej.

Przypomnijmy, że zostali w czwartek zatrzymani w Malborku, w pobliżu stacji kolejowej Malbork-Kałdowo. Przyjechali pociągiem z Gdańska. Kiedy zobaczyli policjantów, ruszyli w przeciwnym kierunku. Ostatecznie nie nie stawiali oporu.

Ojciec pociął nożem 6-letnią Julkę

0

 

Do tragicznych wydarzeń doszło 20 stycznia, na jednym z osiedli w Dąbrowie Górniczej. 39-letni ojciec we własnym mieszkaniu zaatakował nożem córkę. Wielokrotnie godził 6-latkę w szyję oraz brzuch.

– Usłyszałam pisk, ale ta dziewczynka, Julia tak często piszczała. Jak wychodziła z mieszkania to lubiła jak echo się na klatce schodowej odbijało – opowiada sąsiadka.

Mężczyzna zadał córce wiele ciosów w szyję, w kark, w brzuch i ręce, potem zaczął ją dusić.

– Podczas tego zdarzenia podejrzany był w mieszkaniu z córką sam. Zaatakował ją nożem do cięcia tapet, zadając ciosy w okolicach szyi, karku, brzucha oraz na rękach. Rany na rękach mogą wskazywać, że dziewczynka mogła się bronić – opisuje Luiza Trela z Prokuratury Rejonowej w Dąbrowie Górniczej.

– Widziałem jak to dziecko wynosili. Długo ją reanimowali w karetce i potem odjechali na sygnale – opowiada jeden z sąsiadów.

6-letnia Julia trafiła do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach.

– Tylko dzięki szybkiej i skutecznej reakcji lekarzy Julka uniknęła śmierci – dodaje prokurator Trela.

Ojciec Julii również trafił do szpitala, z ranami kłutymi brzucha i szyi. Mariusz J. prawdopodobnie próbował zabić swoją córkę, a później popełnić samobójstwo.

Bezrobotny, bywał agresywny

39-letni Mariusz J. mieszkał z matką. Kobieta wróciła do mieszkania w momencie, w którym ojciec Julii zadawał ciosy nożem. Kiedy kobieta próbowała bronić dziewczynki i wołać o pomoc także została zaatakowana.

– Prokurator przedstawił dwa zarzuty usiłowania zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem, drugi dotyczy obrażeń ciała babci dziewczynki – mówi prokurator Trela.

Mariusz J. jest bezrobotny, utrzymuje się z jej renty.

– Dawniej zdarzało się, że pijany kopał w drzwi, był agresywny. Ale jako sąsiad, nie mieliśmy z nim żadnych zatargów. Był grzeczny, spacerował z córką za rękę. Ale jak się z nim rozmawiało, czuć, że coś jest z nim nie tak. Ja bym mu dziecka pod opiekę nie oddała – opowiada sąsiadka mężczyzny.

Z relacji wujka Julki wynika, że mężczyzna od lat nadużywał alkoholu. 6-letnią Julię wychowywała samotnie mama. Pani Agnieszka pracowała w pobliskim hotelu. Godziła się, żeby z przedszkola dziewczynkę odbierał ojciec i opiekował się nią przez kilka godzin dziennie.

– Mariusz się do utrzymania córki nie dokładał, bo do pracy miał dwie lewe ręce. Wolał pić – mówi wujek Julki.

Matka Julki, mimo to starała się o pieniądze na dziecko. Kilka dni przed tragedią pani Agnieszka zagroziła Mariuszowi J., że złoży wniosek do sądu o przyznanie alimentów. To prawdopodobnie stało się motywem tej straszliwej zbrodni.

– Mariusz J. nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. W krótkich wyjaśnieniach powołuje się na niepamięć – mówi Luiza Trela.

Mariusz J. w przeszłości był konsultowany psychiatrycznie. Badania wykażą, czy w momencie popełnienia zbrodni był poczytalny. Mężczyzna został aresztowany na trzy miesiące. Dziewczynka jest już w domu, opiekuje się nią mama i najbliższa rodzina. Wujek dziewczynki rozpoczął zbiórkę pieniędzy na terapie psychologiczną dziewczynki.

– Stan zdrowia Julki na dziś jest stabilny, nie zagraża jej życiu. Z tego, co wiem, stan psychiczny jest dużo gorszy. Dziecko nie podjęło rozmowy z psychologiem. Trauma będzie się goiła dużo dłużej niż rany – kończy prokurator Trela.

Ujawniono ostatnią rozmowę egzaminatora z 18-latką, która zginęła na przejeździe kolejowym

0

Państwowa Komisja Badania Wypadków Kolejowych opublikowała raport z wypadku, do którego doszło w sierpniu 2018 roku na przejeździe kolejowym. Podczas egzaminu na prawo jazdy zginęła wtedy 18-letnia Angelika. W dokumentach ujawniona została m.in. rozmowa nastolatki z egzaminatorem.

23 sierpnia 2018 roku na przejeździe kolejowym w Szaflarach w województwie małopolskim doszło do tragicznego w skutkach wypadku.

Około 11:17 na tory wjeżdża samochód osobowy do nauki jazdy i zatrzymuje się. Po kilkunastu sekundach z auta wysiada egzaminator i oddala się od torowiska. Samochód rusza na odległość około pół metra, po czym w pojazd uderza pociąg relacji Chabówka-Zakopane.

„Czemu ta dziewczyna nie wysiadła. Spanikowała chyba” – nieznane nagrania z wypadku w Szaflarach

Składem pociągu kierował kandydat na maszynistę, który dostrzegł pojazd na torach z odległości około 290 metrów. Nadał sygnał „Baczność” dwukrotnie, a będąc w odległości około 180 metrów przed przejazdem, wdrożył nagłe hamowanie pociągu jadącego z dozwoloną prędkością 90 km/h. Pociąg wbił się w samochód i przepchnął go o około 112 metrów. 18-latka doznała ciężkich obrażeń i mimo akcji ratunkowej zmarła w szpitalu w Nowym Targu.

18-letnia Angelika przystępowała do egzaminu po raz czwarty. Z raportu, w którym opublikowano jeden z ostatnich dialogów, wynika, że nastolatka była zestresowana. Poniższe słowa zostały wypowiedziane na 21 minut przed wypadkiem:

Angelika: – Ale jestem zestresowana

Egzaminator: – Proszę?

Angelika: – Bardzo mi serce bije

Egzaminator: – To znaczy, że pani żyje

Jak podaje se.pl, raport wykazał dodatkowo, że komunikacja między maszynistą i kandydatem na to stanowisko była nieprawidłowa. Osoba szkolona na maszynistę nie była informowana przez swojego opiekuna o „wskazywanych sygnałach na semaforach i wskaźnikach”. Po nadaniu sygnałów w kabinie maszynistów słychać głos, który mówi: „Ch*** głupi stanął na torach”. Po wypadku powiadomiono o zdarzeniu służby. „Czemu ta dziewczyna nie wysiadła. Spanikowała chyba” słychać na nagraniu z kabiny maszynistów.

W sprawie wypadku zarzut prokuratorski doprowadzenia do katastrofy w ruchu lądowym usłyszał egzaminator Edward E. Za to grozi mu do ośmiu lat pozbawienia wolności. Mężczyzna zakwestionował akt oskarżenia.