8,2 C
Nowy Jork
sobota, 15 sierpnia, 2020

Koszmar na Podkarpaciu. W pięciu gwałcili dziecko. Wszystko inicjował brat

0

Sąd Okręgowy w Rzeszowie wydał wyrok w sprawie wielokrotnego gwałcenia i molestowania nieletniej przez pięciu mężczyzn. Koszmar miał trwać przez pięć lat, odkąd dziewczynka skończyła dziesięć lat. Co bardziej szokujące, głównym organizatorem zbiorowych gwałtów był jej przyrodni brat. W Rzeszowie zapadł wyrok w sprawie wykorzystywania seksualnego małoletniej przez pięciu mężczyzn w wieku od 41 do 67 lat. Dziewczynka, obecnie 15-letnia, w momencie gdy koszmar się dla niej rozpoczął, miała zaledwie 10 lat.

Proces trwał przez ponad rok, jednak szczegóły postępowania nie zostały podane do wiadomości publicznej. Za głównego winnego został uznany brat przyrodni pokrzywdzonej, Mariusz N. Został on skazany na 15 lat pozbawienia wolności. To Mariusz N. miał najczęściej gwałcić dziewczynkę i zachęcać do tego innych. Trzej mężczyźni – Franciszek D., Andrzej M. i Franciszek K – mieszkający w jednej z podrzeszowskich miejscowości, zostali skazani na kary 8 lat więzienia, a jeden, Grzegorz D., na 9 lat pozbawienia wolności.

Dwóch z nich oskarżonych było poza gwałtami i molestowaniem również o utrwalanie treści pornograficznych z udziałem dziewczynki. Wielokrotnie grożono jej również oraz znęcano się nad nią.

Skazani muszą zapłacić również łącznie 100 tysięcy złotych zadośćuczynienia oraz nałożony został na nich zakaz zbliżania się do ofiary. Dla Mariusza N. obowiązuje on przez 15 lat (czyli do zakończenia zasądzonego wyroku). U pozostałych jest to 10 lat. Wyrok nie jest prawomocny, skazani mają możliwość odwołania się teraz do Sądu Apelacyjnego.

24-latka idzie do więzienia za handel, suszu nie znaleziono. Dowód? ZEZNANIA „kolegi”!

0

24-letnia Karolina* została skazana za handel marihuaną. Rzecz w tym, że w mieszkaniu dziewczyny nie znaleziono ani grama suszu, a podstawą wyroku stały się zeznania jej kolegi, który posiadał 28 gramów zioła. Śledczy ustalili, że 24-latka zajmowała się handlem i importem marihuany, mimo że innych dowodów nie było, dziewczyna usłyszała surową karę: 12,500 złotych (przepadek korzyści majątkowej), 1000 zł (na rzecz MONAR-u) oraz 1380 zł grzywny i kosztów sądowych. Jeśli Karolina nie zapłaci tej sumy, trafi do więzienia na rok!

Do tej pory sprawy skazujące za marihuanę, mimo że nie znaleziono suszu u skazanego, pojawiały się w opinii publicznej, gdy bezpośrednio dotyczyły osób znanych. Podobne wyroki usłyszeli m.in. raperzy Żurom czy Bonus RPK. Wtedy o ich przypadkach pisały media, a w obronę oskarżonych angażowali się celebryci. Teraz jednak sprawa dotyczy zwykłej osoby, 24-letniej dziewczyny. Na jej miejscu, drodzy Czytelnicy, mógł być każdy z Was!

– Jestem miesiąc po sprawie karnej dotyczącej handlu marihuaną. W moim mieszkaniu nie znaleziono narkotyków, znaleziono je w mieszkaniu mojego kolegi w ilości 28 gramów. „Kolega” zeznał, że od grudnia 2018 roku do kwietnia 2019 roku sprowadziłam około 350 gramów marihuany (co jest oczywiście nieprawdą, były to znacznie mniejsze ilości). Przeciwko mnie zeznało kilku jego kolegów, za co zostało mi to „przyklepane”. Mój adwokat kazał mi się przyznać, co też zrobiłam – opisuje skazana 24-latka.

Nie widziała takich pieniędzy na oczy!

Wyrok w sprawie dziewczyna otrzymała drogą pocztową. Kiedy zobaczyła koszty, jakie będzie musiała zapłacić, ugięły się pod nią nogi. 24-latka nigdy nie widziała na oczy sumy, jaką będzie musiała zapłacić państwu polskiemu za przestępstwo, którego nie udowodniono na żadnej innej podstawie, niż zeznania „skruszonych” znajomych.

– Dostałam pismo z sądu z wezwaniem do zapłaty 12,500 złotych (przepadek korzyści majątkowej), 1000 zł (na rzecz MONAR) oraz 1380 zł grzywny i kosztów sądowych. Problem w tym, że nie stać mnie na spłatę tak ogromnej kwoty – podkreśla zdruzgotana Karolina.

Polscy prawodawcy mają w istocie rację, że narkotyki mogą zrujnować życie. W przypadku marihuany nie chodzi jednak o konsekwencje zdrowotne, tylko odium społeczne, z jakim zmagają się osoby skazane. Wyrok za narkotyki wiąże się z napiętnowaniem, stresem i brakiem perspektyw. Tu jednak nie narkotyki są tego powodem i przyczyną, tylko wymiar sprawiedliwości, który sam „tworzy” przestępców.

„Kryminalistka” w załodze

– Nie pracuję od lutego, zostałam zwolniona z pracy, bo moja pracodawczyni „nie chciała mieć w swojej załodze kryminalistki”. Od lutego do czerwca odpracowywałam swój dług – pożyczkę na adwokata – w sklepie mojej siostry. Od czasu zwolnienia w lutym nie mogę znaleźć pracy, w moim mieście zapewne ze względu na opinie, a w okolicach przez brak doświadczenia – opisuje swoje położenie Karolina.

Skazana za handel bez dowodów innych niż wątpliwe zeznania dziewczyna nie mogła też liczyć na pomoc adwokata, którego wsparcie ograniczyło się do polecenia, by młoda „dilerka” się przyznała. Konsekwencją przyznania się do winy stał się wyrok. Karolina ma miesiąc na zapłacenie niemałej dla 24-letniej osoby sumy, jeśli się w tym czasie nie wyrobi, trafi do więzienia na rok!

Dura lex, sed lex

Podsumowując: 24-letnia dziewczyna została skazana za handel marihuaną, ale ani przy niej, ani w jej mieszkaniu suszu nie znaleziono. Nie ustalono również nikogo kto od niej kupił marihuanę. Jedynym dowodem były zeznania „kolegi”, który posiadał 28 g. Ustalono, że 24-latka sprowadziła w pół roku 350(!) g marihuany na handel. Została skazana, musi zapłacić prawie 15000 zł w ciągu niecałego miesiąca. Jeśli nie zdąży, pójdzie na rok do więzienia.

Ratunkiem mogłaby być zbiórka, ale art. 57 kodeksu wykroczeń mówi jasno:

Kto organizuje lub przeprowadza publiczną zbiórkę ofiar na uiszczenie grzywny orzeczonej za przestępstwo (…) albo nie będąc osobą najbliższą dla skazanego lub ukaranego uiszcza za niego grzywnę lub ofiarowuje mu albo osobie dla niego najbliższej pieniądze na ten cel, podlega karze aresztu albo grzywny.

Oto wymiar sprawiedliwości w Polsce.

* imię zmienione

Pięcioletni chłopczyk błąkał się po Wrocławiu. Mieszkał sam kilka dni, bo matka wyszła

0

Przerażone dziecko chodziło po ulicach Wrocławia. To pięcioletni chłopiec, który policjantom opowiedział, że mieszka sam od kilku dni, bo matka wyszła i nie wróciła. Zostawiła za to narkotyki. Policji powiedziała, że „straciła poczucie czasu”. Samotnie spacerującego chłopca zauważyli na ulicy podczas obchodu swojego rejonu służbowego dzielnicowi z wrocławskiego Ołbina.

Maluch, który chodził po ruchliwej ul. Trzebnickiej w dzielnicy Nadodrze, zdaniem policjantów „ewidentnie kogoś szukał”. Chłopczyk powiedział funkcjonariuszom, że ma zaledwie 5 lat i sam musi się sobą zajmować, bo jego mamy od kilku dni nie ma w domu. Znaleziony na jednej z głównych ulic niemal w centrum Wrocławia 5-latek nie pamiętał dokładnego adresu swojego domu, ale powiedział mundurowym, że zaprowadzi ich do miejsca, w którym mieszka. Podczas krótkiego spaceru mówił, że sam sobie przygotowuje jedzenie, sam się myje i zajmuje sobą, bo nie wie, gdzie jest teraz jego mama – poinformował sierż. szt. Krzysztof Marcjan z dolnośląskiej policji.

W ten sposób mundurowi dotarli do mieszkania małego wrocławianina. Zanim na miejscu zjawiła się matka chłopca, policjanci znaleźli w jej domu spory zapas narkotyków, a także strzykawki do ich zażywania, które leżały na szafkach, obok których chłopczyk przygotowywał sobie jedzenie. Policjanci ujawnili też woreczki z nielegalnymi substancjami schowane w lodówce. Funkcjonariusze wezwali na miejsce karetkę pogotowia, aby sprawdzić, czy 5-latek nie potrzebuje pomocy medycznej. Do mieszkania przyjechała również babcia chłopca, która twierdziła, że opiekuje się jego 10-letnią siostrą, a trzecia z rodzeństwa – 15-latka jest pod opieką drugiej babci. „Według relacji seniorki, jej córka miała zajmować się tylko synem, jednak nie było jej w mieszkaniu ani w jego okolicach” – informuje Krzysztof Marcjan. Matka wyszła i „straciła poczucie czasu”

Po kilku godzinach od rozpoczęcia interwencji do mieszkania przyszła matka dziecka. Twierdziła, że opiekuje się swoim synem, a z mieszkania wyszła w godzinach porannych i po prostu straciła poczucie czasu. Została zatrzymana. Funkcjonariusze ustalili, że w jej mieszkaniu wielokrotnie mogło dochodzić do spotkań osób zażywających narkotyki. Policjanci zabezpieczyli łącznie ponad 100 porcji handlowych amfetaminy, która znajdowała się w zajmowanym przez kobietę mieszkaniu. Dodatkowo 37-letnia kobieta okazała się osobą poszukiwaną przez sąd. Została zatrzymana i usłyszała zarzuty m.in. narażenia swojego dziecka na niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia.

Chłapowo: próba gwałtu na 14-latku przez opiekuna kolonii. 43-letni mężczyzna oczekuje na sprawę w areszcie

0

Do zdarzenia doszło w zeszłym tygodniu w niewielkiej miejscowości Chłapowo niedaleko Władysławowa. Jak przekazał reporter Polsat News Piotr Mirowicz. – W nocy 43- letni mężczyzna miał wejść do pokoju, w którym spali chłopcy. Opiekun miał próbować zgwałcić 14-latka. Nastolatkowi udało się uciec. Zadzwonił do swoich rodziców, którzy następnie zaalarmowali opiekunów obozu.

– Postawiliśmy jednemu z opiekunów kolonijnych, 43-letniemu mężczyźnie, dwa zarzuty: zarzut dopuszczenia się innej czynności seksualnej na jednym z kolonistów, chłopcu poniżej 15. roku życia, a także zarzut posiadania w pamięci telefonu treści pornograficznych z udziałem małoletnich – mówi prokurator rejonowy Jacek Chmielewski. – Wystąpiliśmy do sądu z wnioskiem o zastosowanie tymczasowego aresztowania na okres 3 miesięcy, a sąd ten areszt zastosował.

Pomimo zebranych dowodów przeciwko mężczyźnie i postawienia mu zarzutów, ten nie przyznaje się do winy i tłumaczy swoje zachowania. Jednak przedstawiona przez niego linia obrony nie jest wiarygodną w oczach prokuratury.

– Mężczyzna złożył dość obszerne wyjaśnienia – tłumaczy prokurator w Pucku. – Natomiast wymagają one weryfikacji.

43-latek przyjechał do pracy jako opiekun w Chłapowie z innego województwa. Teraz, zamiast wypoczywania na plaży, poczeka za kratkami na wyniki prowadzonego przez Prokuraturę Rejonową w Pucku śledztwa.

Nie żyje maltretowane niemowlę. Zatrzymano rodziców

0

W skrajnie ciężkim stanie trafił w środę do szpitala w Katowicach miesięczny chłopczyk z Rudy Śląskiej. Zmarł po kilkugodzinnej walce lekarzy o jego życie. Policja zatrzymała rodziców dziecka – poinformował oficer prasowy rudzkiej policji st. asp. Arkadiusz Ciozak.

Do tragedii doszło 22 lipca w Rudzie Śląskiej. Pogotowie do miesięcznego chłopca wezwała najprawdopodobniej rodzina. Śmigłowcem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego niemowlę zostało przetransportowane do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach, gdzie lekarze musieli je reanimować.

W skrajnie ciężkim stanie chłopiec trafił na oddział intensywnej terapii, gdzie zmarł. Lekarze, którzy stwierdzili u niego objawy maltretowania, powiadomili policję. – Zatrzymani zostali rodzice chłopca, a ich drugie dziecko, 14-miesięczna dziewczynka również została przewieziona do szpitala na badania – poinformował asp. Ciozak.

Nastolatek dźgnięty nożem w szyje i twarz nad Wisłą. Zrozpaczona matka szuka świadków

0

Jak podaje portal warszawawpigułce.pl. Do zdarzenia doszło w nocy z 17 na 18 lipca 2020 roku. Na plaży pod mostem Poniatowskiego, doszło do ataku na dwóch nastolatków w wieku 17 i 20 lat. Około godziny 1 w nocy zostali zaatakowani i dźgnięci w twarz o szyje. Matka jednego z poszkodowanych opublikowała apel z prośbą o pomoc w ustaleniu sprawców:

Proszę wszystkie osoby mające jakąkolwiek wiedzę w tej sprawie o kontakt w wiadomości prywatnej. Proszę bardzo o pomoc i nagłośnienie tej sprawy gdzie się tylko da.

Wyznaczyłam nagrodę dla osoby, która pomoże we wskazaniu sprawcy. Proszę pomyśleć gdyby trafiło na Wasze dziecko, brata, siostrę czy inna bliską osobę. Nie można dopuścić, by osoby, które chodzą z nożem i bez żadnego zawahania, chcą odebrać innym życie chodziły po ulicach bezkarnie. Błagam jako matka o pomoc w ustaleniu sprawcy napaści na moje dziecko. Gwarantuje anonimowość.

 

Źródło:https://warszawawpigulce.pl/nastolatek-dzgniety-nozem-w-szyje-i-w-twarz-nad-wisla-zrozpaczona-matka-szuka-swiadkow/?fbclid=IwAR29qFZOsFBC6ROMgi-FZIwmSr6UFD-TJOFWdNkHzkJgj02gH84YmLcXj8Q

Zabójstwo pod Łowiczem. 16-latka wielokrotnie ugodzona nożem

0

 

Nastolatka zginęła w sobotę, gdy kosiła trawę przed domem w Dzierzgowie pod Łowiczem. Śmiertelne ciosy zadał jej 22-letni znajomy, mieszkaniec sąsiedniej miejscowości. W trakcie rozmowy niespodziewanie wyciągnął nóż i wielokrotnie dźgnął dziewczynę. Następnie uciekł w stronę pobliskiego lasu. Prokuratura łowicka i policja wyjaśniają okoliczności zbrodni, do której doszło w sobotę ok. godz. 14 w Dzierzgowie (woj. łódzkie) w okolicach Łowicza.

16-latka latka kosiła trawę, kiedy pojawił się jej znajomy. 22-letni mieszkaniec sąsiedniej miejscowości niespodziewanie wyciągnął nóż i zadał nastolatce liczne ciosy. Uciekł w stronę pobliskiego lasu.

Zabójstwo dziewczyny widzieli jej brat, ojciec i babcia

Świadkami ataku byli domownicy – brat ofiary, ojciec i babcia. Natychmiast wezwano pomoc, ale nastolatki nie udało się uratować.

Napastnik porzucił na miejscu narzędzie zbrodni. Zatrzymany został ok. kilometra od miejsca zdarzenia. Szedł zakrwawiony drogą, co zwróciło uwagę przechodzącego tamtędy policjanta. Mężczyzna był trzeźwy, pobrano mu krew pod kątem badań na obecność środków odurzających. Trwają czynności na miejscu tragedii.

Po wypadku wyszli z auta o własnych siłach, nagle serce 17-latki przestało bić. Dziewczyna nie żyje

0

Policja i prokuratura wyjaśniają okoliczności wypadku samochodowego, w którym zginęła 17-letnia dziewczyna. Auto, którym podróżowała, prowadził 25-letni mężczyzna bez prawa jazdy i pod wpływem alkoholu.

Tuż po północy na drodze wojewódzkiej numer 449 w Ligocie (woj. wielkopolskie) doszło do tragicznego zdarzenia. Audi, którym podróżowały cztery osoby, wypadło z drogi.

– Przyczyną było niedostosowanie prędkości przez 25-letniego kierowcę, w wyniku czego stracił panowanie nad pojazdem i zjechał z drogi do przydrożnego rowu, gdzie auto kilka razy koziołkowało – mówi Martyn Kowalczyk, rzecznik policji w Ostrzeszowie.

Zatrzymało się serce

Oprócz kierowcy w samochodzie znajdowały się dwie 17-latki oraz 19-letni chłopak. – Wszyscy samodzielnie opuścili pojazd. Niestety, po chwili ratownicy u jednej z osób stwierdzili zatrzymanie akcji serca. Natychmiast przystąpili do akcji reanimacyjnej. Przybyły na miejsce zespół ratownictwa medycznego ją kontynuował. Jednak po pewnym czasie lekarz stwierdził zgon 17-latki – poinformował mł. bryg. Tomasz Jabłoński z ostrzeszowskiej straży pożarnej.

Pozostali poszkodowani zostali odwiezieni do pobliskich szpitali. Okoliczności zdarzenia wyjaśniają ostrzeszowska policja i prokuratura. – Już teraz wiadomo, że 25-latek nie posiadał uprawnień do prowadzenia pojazdów. Ponadto badanie wykazało, że był pod wpływem alkoholu. Obecnie mężczyzna przebywa w szpitalu na obserwacji. Nie został jeszcze przesłuchany – tłumaczy Kowalczyk.

Za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym grozi do ośmiu lat więzienia. – Ale w tym przypadku kierowcy grozi kara do 12 lat więzienia – dodaje rzecznik ostrzeszowskiej policji. 25-latek był bowiem pod wpływem alkoholu.

Autor:aa/gp

Źródło: TVN24

Źródło zdjęcia głównego: TVN24

Żart z prezydenta. Pałac potwierdza autentyczność rozmowy z Rosjanami i „uruchamia służby”

0

– Nagranie rozmowy rosyjskich komików z prezydentem Andrzejem Dudą jest autentyczne, sprawą zajmują się służby – powiedział w środę dyrektor biura prasowego Kancelarii Prezydenta Marcin Kędryna. Zapewnił, że rozmówcy byli weryfikowani przez polską placówkę przy ONZ.

Dyrektor biura prasowego Kancelarii Prezydenta potwierdził autentyczność nagrania.

– Rozmówcy byli weryfikowani przez Stałe Przedstawicielstwo Rzeczypospolitej Polskiej przy ONZ w Nowym Jorku, sprawą zajmują się służby – powiedział Kędryna.

Nagranie, na którym słychać jak prezydent Andrzej Duda rozmawia z sekretarzem generalnym ONZ António Guterresem krąży w internecie. O ile głos polskiego prezydenta jest prawdziwy, o tyle pod Guterresa podszywali się znani rosyjscy pranksterzy: Vladymir Kuznetsov i Alexey Stolyarov.

„Nie sądzę, żeby było to coś nadzwyczajnego”

Do sprawy odniosła się również Marszałek Sejmu Elżbieta Witek. Podczas środowej konferencji prasowej zwróciła uwagę, że „mieliśmy wielokrotnie na całym świecie, przy okazji różnych ważnych osobistości, tego typu nagrania satyryczne”. – Nie sądzę, żeby to było coś nadzwyczajnego – dodała.

Na uwagę dziennikarki, że podobno polskie służby specjalne są najlepsze za rządów PiS, Witek odparła: „są najlepsze za rządów Prawa i Sprawiedliwości”.

„Być może to Ukraina”

Podczas 11-minutowej rozmowy poruszono m.in. temat zachorowań na Covid-19 w Polsce. Pytany o główne źródło rozprzestrzeniania wirusa, Duda wskazał, że „być może jest to Ukraina, bo w naszym państwie mamy dużo obywateli tego kraju”. Zaznaczył jednak, że „sytuacja jest pod kontrolą”

Pytany o to, czy chce, by część Ukrainy znów należała do Polski, Duda stanowczo zaprzeczył. – Nie ma takiej politycznej dyskusji. Jesteśmy w dobrych stosunkach, wspieramy ich – dodał.

Internetowi twórcy opowiedzieli również o „telefonie od Trzaskowskiego”, który „miał zadzwonić do Guterresa i chcieć, by ten pogratulował mu zwycięstwa”. – To dziwne, niewiarygodne – powiedział rozbawiony Duda.

Źródło: ac/ml/ polsatnews.pl, PAP

Kolejna próba odebrania 4-letniej Ines. Ojciec w mieszkaniu babci dziewczynki

0

We wtorek doszło do trzeciej próby odebrania 4-letniej Ines, co do której toczy się spór sądowy pomiędzy ojcem z Belgii, a babcią dziecka. W mieszkaniu kobiety pojawiła się m.in. policja, kurator, ojciec dziecka i tłumacz. Po trwających kilkadziesiąt minut czynnościach kurator odstąpił od wykonania sądowego orzeczenia. „Ile razy jeszcze sąd w Katowicach będzie testował psychikę dziecka!?” – zapytał wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik, odnosząc się do sprawy. Czynności rozpoczęto po godz. 10 w mieszkaniu babci Ines, która opiekuje się dziewczynką. Przez kilkanaście minut toczyła się dyskusja między stronami w korytarzu mieszkania kobiety. Ta nie zgadzała się, by ojcu towarzyszyła belgijska konsul. Kurator przekazał, że odstąpi od czynności, jeśli konsul nie wyjdzie.

– Dziecko słyszy tę rozmowę, przeżywa traumę. Kolejny raz kochany tatuś funduje mu traumę – padło podczas rozmowy.

Ostatecznie konsul wyszła. W mieszkaniu pozostał ojciec dziecka, kurator, tłumacz i psycholog. Ojciec wszedł do pokoju, gdzie czekała Ines. Wizyta trwała kilka minut. Po niej kurator odstąpił od czynności ze względu na brak więzi ojca z dzieckiem i barierę językową.

Decyzję o przymusowym odebraniu małoletniej Ines wydał Sąd Rejonowy Katowice-Zachód zlecając to zadanie kuratorowi. Wcześniej o zawieszenie postępowania wnioskowała prokuratura.

Córka Polski i Belga

Chodzi o sprawę 4-letniej Ines – córki pary okulistów, Polki i Belga. Dziewczynka urodziła się w Polsce. Niedługo po narodzinach jej matka wyjechała z nią do Belgii, gdzie mieszkał jej partner i ojciec dziecka. Para rozstała się, kiedy dziewczynka miała rok. Kobieta zabrała córkę i wyjechała z nią do Polski. Wówczas między rodzicami rozpoczęła się sądowa batalia o dziecko. W listopadzie ub. roku przebywająca w Polsce matka dziewczynki nagle zmarła. Dzień wcześniej sąd belgijski przyznał wyłączną opiekę rodzicielską ojcu.

Opiekę nad dzieckiem przejęła jednak babcia dziewczynki. Strona belgijska uznała, że babka ukrywa dziecko i wystawiła Europejski Nakaz Aresztowania kobiety. Natomiast polski sąd – na wniosek prokuratury – go oddalił. Ojciec tymczasem domaga się przekazania mu córki.

Kiedy policja ustaliła miejsce przebywania dziewczynki, w sprawę włączył się Rzecznik Praw Obywatelskich. Skierował do przewodniczącej III Wydziału Rodzinnego i Nieletnich Sądu Rejonowego w Radomiu, który zajmował się tą sprawą, pismo, w którym domagała się podjęcia przez sąd „wszelkich możliwych czynności procesowych” związanych z odebraniem dziewczynki babce. Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik przypomniał, że w sprawie 4-letniej Ines „prawie” wyczerpały się wszystkie środki prawne, ale – dzięki prezydentowi Andrzejowi Dudzie – w polskim systemie pojawił się jeszcze jeden instrument, mianowicie skarga nadzwyczajna.

– Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro, kiedy zapoznał się z aktami sprawy, przyjął, że powinien być ten instrument zastosowany – powiedział Wójcik. Podkreślił, że jest on niezwykle rzadko stosowany.

– Prokurator Generalny wystąpił do Sądu Najwyższego, żeby zbadać całą tą sprawę, ale jednocześnie złożono wniosek do Sądu Okręgowego, żeby wstrzymać przymusowe przekazanie, wydanie dziecka – poinformował wiceminister sprawiedliwości.

Sprawie dziewczynki poświęcona była konferencja w Ministerstwie Sprawiedliwości, na której wiceminister wystąpił wraz z Rzecznikiem Praw Dziecka Mikołajem Pawlakiem. „Zawsze stoimy na straży dobra dziecka”

– Pamiętajmy, dziewczynka trzy lata wychowywała się w Polsce, w pewnej kulturze. Nie zna języka ojca, ojciec nie zna języka dziecka, przecież to jest trauma dla dziecka – mówił o 4-letniej Ines wiceminister. – Gdyby taka sprawa była w Belgii, mówiłbym dokładnie to samo – podkreślił Wójcik.

Zaznaczył, że w tej sprawie sądy nie zdecydowały się zastosować jednego z przepisów konwencji haskiej. – Jest taki przepis, który mówi, że jeżeli taki powrót dziecka powodowałby niepowetowaną szkodę w psychice dziecka, to nie wolno tego robić – wskazał. Jego zdaniem sądy w tej kwestii „działały mechanicznie”.

Odnosząc się do skargi nadzwyczajnej złożonej przez prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobrę, Wójcik podkreślił, iż ma nadzieję, że „sędziowie wezmą pod uwagę wszystkie okoliczności tej sprawy”. – Chciałbym powiedzieć to bardzo wyraźnie: zawsze stoimy na straży dobra dziecka – tłumaczył.

RPO: dziecko nie jest własnością państwa

W opublikowanym oświadczeniu RPO zaznaczył, że „dziecko nie jest własnością państwa”. „Obecnie – pomimo że zgodnie z prawem wyłącznie sąd ma prawo rozsądzić zaistniały spór – i to uczynił kierując się dobrem dziecka – inne osoby i organy państwowe, nie będąc do tego uprawnione, próbują ferować rozstrzygnięcia i oceniać, co jest najlepsze dla dziecka” – podkreślił RPO.

„RPO Adam Bodnar z najwyższym niepokojem przyjmuje bezprzykładne ataki i publicznie wyrażone oskarżenia Rzecznika Praw Dziecka Mikołaja Pawlaka oraz innych przedstawicieli władz państwowych dotyczące sprawy małej Ines” – napisano w odpowiedzi w oświadczeniu zamieszczonym na stronie RPO.

Wskazano w nim, że w sprawie tej zostały wydane prawomocne orzeczenia sądowe – zarówno sądu belgijskiego na podstawie przepisów obowiązujących w Belgii, a więc „w kraju, w którym dziewczynka miała miejsce stałego pobytu przed jej bezprawnym zabraniem przez matkę do Polski”, jak i sądu polskiego, na mocy których ojciec dziewczynki, jedyny jej żyjący rodzic, ma pełnię władzy rodzicielskiej i dziewczynka ma powrócić pod jego opiekę.

„Podjęta przez kuratora sądowego zgodnie z obowiązującymi przepisami próba realizacji nakazu sądu nie powiodła się, m.in. dlatego, że interwencję na miejscu czynności podjęli przedstawiciele RPD oraz MS” – przypomniał RPO. Jak ocenił „to właśnie na kuratora sądowego został wówczas wywarty – w sposób nieznajdujący oparcia w przepisach – nacisk ze strony organów władzy publicznej”.

„Treść tej skargi nie jest znana RPO”

RPO potwierdził, że podjął „sprawę małej Ines w grudniu 2019 r. w oparciu o wniosek ambasadora Belgii w Polsce”. „Wynikało z niego, że wbrew prawomocnym orzeczeniom sądowym dziewczynka, której jedynym obecnie prawnym opiekunem jest jej biologiczny ojciec – obywatel Belgii, z zawodu lekarz – jest niezgodnie z prawem przetrzymywana przez babcię, matkę zmarłej mamy dziewczynki” – przekazał.

„Pomimo że sąd zważył wszystkie wartości i rację stron konfliktu oraz wydał rozstrzygnięcie kierując się dobrem dziecka, próbuje się to orzeczenie podważyć, de facto metodami pozaprawnymi przy użyciu nie zawsze uczciwej argumentacji” – napisał RPO. Jak dodał budzi to oczywisty sprzeciw, ponieważ „zgodnie z konstytucją wymiar sprawiedliwości w Rzeczpospolitej Polskiej sprawują sądy, zaś prawo do realizacji prawomocnego orzeczenia sądowego stanowi element prawa do sądu”.

W oświadczeniu na stronie Biura RPO odwołano się również do złożenia skargi nadzwyczajnej do Sądu Najwyższego przez prokuratora generalnego. „Treść tej skargi nie jest znana RPO, należy jednak zaznaczyć, że samo wniesienie takiej skargi nie wstrzymuje wykonalności zaskarżonego rozstrzygnięcia”.

Wniosek prokuratury ws. 4-letniej Ines

Katowicka prokuratura okręgowa podjęła kolejne kroki zmierzające do powstrzymania realizacji orzeczenia ws. wydania 4-letniej Ines zamieszkującemu w Belgii ojcu – przekazała na początku lipca Prokuratura Krajowa. Jak sprecyzowano, do sądów trafiły wnioski o zawieszenie postępowania i udzielenie zabezpieczenia.

Jak poinformowano, Prokuratura Okręgowa w Katowicach skierowała w środę do sądów dwa wnioski. „W pierwszym z wniosków prokuratura domaga się zawieszenia postępowania wykonawczego prowadzonego przez Sąd Rejonowy Katowice-Zachód, który zlecił kuratorowi sądowemu przymusowe odebranie małoletniej Ines” – przekazano. Jak w tym wniosku argumentowała prokuratura, „aktualnie toczą się z wniosków prokuratury inne postępowania przed Sądem Okręgowym w Katowicach o uznanie za nieskuteczne na terenie RP wyroków wydanych przez belgijski sąd”, których wynik może mieć wpływ na postępowanie wykonawcze.

Z kolei drugi wniosek trafił do SO w Katowicach i dotyczy udzielenia zabezpieczenia w sprawie o uznanie za nieskuteczne orzeczenia sądu belgijskiego. Jak przekazano, prokuratura także w tym wniosku domaga się zawieszenia postępowania wykonawczego oraz rozstrzygnięcia, iż w czasie rozpatrywania sprawy miejsce pobytu dziecka będzie u jej babki, która po śmierci matki dziewczynki sprawuje nad nią faktyczną opiekę.

„Dziecko musi przyzwyczaić się powoli do nowej sytuacji”

„Jednocześnie we wniosku o udzielenie zabezpieczenia wskazano, iż wydanie dziewczynki w trybie przymusowego odebrania w toku postępowania przez SO, zniweczy jego cel, jakim jest uznanie za nieskuteczne na terytorium RP orzeczenia sądu belgijskiego rozstrzygającego w przedmiocie odpowiedzialności rodzicielskiej” – napisała PK. Jak powtórzyła prokuratura, uzasadniając ten wniosek, dziewczynka przebywa w Polsce od połowy 2017 r. i od tamtej pory nie miała żadnego kontaktu ze swoim ojcem. „Prokuratura podniosła również, iż natychmiastowe wydanie 4-letniego dziecka ojcu, z którym aktualnie nie łączy ją żadna więź emocjonalna i do obcego środowiska, pozostaje w oczywisty sposób w sprzeczności z nadrzędną wartością, jaką jest dobro dziecka” – poinformowano.

W ocenie katowickiej prokuratury, przekazanie dziewczynki „z dnia na dzień osobie, której praktycznie nie zna, wywiezienie do obcego kraju, do ludzi, z którymi nie będzie nawet w stanie się porozumieć, może spowodować wręcz katastrofalne skutki dla psychiki małoletniej”. „Zaznaczyć należy, że ojciec dziewczynki i jego bliscy nie znają języka polskiego, którym wyłącznie posługuje się dziecko” – zaznaczono.

Jak przyznała prokuratura, wprawdzie – zgodnie z orzeczeniami belgijskiego sądu – ojcu została przyznana pełnia władzy rodzicielskiej nad córką. „Jednakże do prawidłowego sprawowania władzy rodzicielskiej najistotniejszym jest nawiązanie odpowiednich relacji pomiędzy ojcem a córką. Dziecko musi przyzwyczaić się powoli do nowej sytuacji, oswoić się z niedawną śmiercią matki oraz pojawieniem się w jej świadomym życiu ojca, a także ewentualną zmianą miejsca pobytu i zamieszkania w obcym dla siebie kraju” – jak podkreślono.

Zródło: ml/ polsatnews.pl